Kult wielkiego exitu uczy przedsiębiorców mierzyć sukces loterią, a nie codzienną pracą, która naprawdę buduje firmę.
Sprzedaż firmy stała się w polskim środowisku startupowym fetyszem, i im częściej słyszę o tym na scenach konferencyjnych, tym mocniej się temu przeciwstawiam. Hasło „zbuduj, wyskaluj, sprzedaj” brzmi efektownie z mikrofonu, ale dla przytłaczającej większości mikroprzedsiębiorców i założycieli małych firm w Polsce jest po prostu nierealne — a co gorsza, uczy ich mierzyć wartość własnej pracy loterią, w której wygrywa naprawdę niewielu.
Rozumiem, skąd ten mit się bierze. Historie o transakcjach liczonych w milionach złotych robią wrażenie i potrafią inspirować do działania — to się naprawdę zdarza i nie zamierzam tego negować, bo znam tę branżę od lat i wiem, że ambicja bywa zdrowym paliwem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta rzadka ścieżka staje się domyślnym planem dla każdego, kto rejestruje jednoosobową działalność gospodarczą albo prowadzi kilkuosobowy software house.
Obsesja na punkcie przyszłego kupca zmienia też codzienne decyzje w firmie, i rzadko na lepsze. Zamiast pytać, czy klient jest zadowolony i czy marża ma sens, zarząd zaczyna pytać, jak to będzie wyglądać w prezentacji dla inwestora. Rośnie budżet na wizerunek, a spada uwaga poświęcona rzeczom nudnym, ale decydującym: fakturom płaconym na czas, realnej jakości produktu i relacji z pierwszym klientem, który przecież nigdy nie widział żadnego pitch decku.
Druga strona medalu, o której w Polsce mówi się dużo rzadziej, to to, co dzieje się z człowiekiem dzień po podpisaniu umowy u notariusza. Lata poświęceń, zaniedbane zdrowie, rodzina zepchnięta na dalszy plan — a potem, zamiast euforii, pustka i pytanie, co teraz zrobić z własnym życiem. To nie jest wyjątek, to naturalna konsekwencja tego, że cały sens istnienia firmy był przez dekadę zawieszony na jednym punkcie na osi czasu.
Właśnie dlatego wolę patrzeć w stronę firm, które myślą w perspektywie pokoleń, a nie kwartałów do exitu. Rozmowa o sukcesji w LPP pokazuje coś ważnego: budowanie przedsiębiorstwa, które ma przetrwać założyciela, wymaga zupełnie innej logiki niż optymalizowanie spółki pod kątem przyszłego kupca. Sukcesja to praca na rzecz czegoś większego niż własne nazwisko na pitch decku, i tej postawy w polskim mikrobiznesie brakuje dużo bardziej niż kolejnej historii o wielkim exicie.
Ten sam mechanizm widziałam już wcześniej przy micie marki osobistej, czyli przekonaniu, że wystarczy błyszczeć w mediach społecznościowych, żeby klienci i przychody przyszły same. Marka osobista nie zbuduje firmy, tak samo jak sam fakt wystawienia firmy na sprzedaż nie zbuduje sensownego życia po transakcji. W obu przypadkach błyszczący cel zastępuje codzienną, nudną pracę, która faktycznie tworzy wartość.
A ta nudna praca wygląda zupełnie inaczej niż slajd z wyceną. To uporządkowana księgowość, stabilny zespół, dobre relacje z klientami i rozsądne korzystanie z narzędziami, które realnie ułatwiają codzienność, a nie obiecują cudów. Pamięć AI jest szansą, nie magią — i to zdanie równie dobrze opisuje całe zarządzanie mikrofirmą. Technologia pomaga tym, którzy już mają porządek w procesach, a nie zastępuje tego porządku.
Kiedy rozmawiam z właścicielami warsztatów samochodowych, małych kancelarii czy kilkuosobowych software house’ów, priorytety, jakie najczęściej słyszę, są bardzo przyziemne: płynność finansowa, dobry zespół, spokojna głowa na koniec miesiąca. To są mierniki, które naprawdę wpływają na jakość życia przedsiębiorcy — nie hipotetyczna przyszła sprzedaż firmy, o której większość z nich nawet poważnie nie myśli.
Nie twierdzę, że trzeba gasić ambicje albo bać się dużych transakcji — jeśli komuś się uda, życzę mu tego szczerze, bez cienia zazdrości. Twierdzę tylko, że obsesja na punkcie exitu jest fałszywym kompasem dla kogoś, kto dziś otwiera działalność gospodarczą i próbuje zrozumieć, co właściwie powinno być jego celem. Wolę przedsiębiorców, którzy budują firmy po to, by żyć z nich godnie przez następne dwadzieścia lat, a nie po to, by jak najszybciej z nich wyjść.
Sprzedaż firmy stała się w polskim środowisku startupowym fetyszem, i im częściej słyszę o tym na scenach konferencyjnych, tym mocniej się temu przeciwstawiam.
Wolę przedsiębiorców, którzy budują firmy po to, by żyć z nich godnie przez następne dwadzieścia lat, a nie po to, by jak najszybciej z nich wyjść.
Innohub TV
Zobacz tę treść także w Innohub TV
Wybraliśmy dla Ciebie klipy z Innohub TV, które rozwijają ten sam temat.
Brak odcinków.