Kiedy mówimy o rachunku za zmiany klimatu, w Europie najszybciej płacą go najmniejsi, a nie ci, którzy emitują najwięcej.
Polityka klimatyczna ma dziś jedną wspólną cechę, niezależnie od tego, czy mówimy o sporach międzynarodowych, czy o lokalnym urzędzie skarbowym: obiecuje rozliczyć największych, a rachunek i tak trafia do najmniejszych. Śledzę debatę o tym, kto powinien płacić za szkody klimatyczne, i z każdym miesiącem jestem bardziej przekonana, że w Europie ten mechanizm działa dokładnie odwrotnie, niż powinien. Duzi emitenci negocjują wyjątki, mają działy prawne i zespoły od zrównoważonego rozwoju. Mikroprzedsiębiorca dostaje formularz.
Polityka klimatyczna w wersji unijnej ma swoją logikę: im więcej emitujesz, tym więcej płacisz. W teorii brzmi to sprawiedliwie. W praktyce coraz częściej widzę, jak ten rachunek przesuwa się w dół łańcucha dostaw. Duże sieci handlowe i koncerny energetyczne, same objęte raportowaniem ESG, proszą — a właściwie wymagają — danych klimatycznych od swoich małych dostawców i podwykonawców. Mały zakład produkcyjny, kawiarnia z własną piekarnią czy rodzinna firma transportowa nie mają ani budżetu, ani czasu, żeby prowadzić taką księgowość emisji. Podobny mechanizm przesuwania kosztów na słabszych opisywałam już, pisząc o tym, jak rachunek za decyzje polityczne w końcu zawsze trafia do firm — tylko tym razem chodzi o emisje, nie o składki.
Nie neguję, że zmiany klimatu kosztują i że ten koszt trzeba gdzieś rozliczyć. Problem nie leży w samej zasadzie odpowiedzialności, tylko w tym, komu faktycznie zostaje praca papierkowa. Największe firmy mają prawników od klimatu, mikroprzedsiębiorca ma tylko kalendarz pełen terminów. To jest różnica, która decyduje, kto przetrwa kolejną falę regulacji, a kto zamknie działalność, bo zwyczajnie nie nadąża. Pisałam już wcześniej o wypaleniu przedsiębiorców, którzy formalnie odnieśli sukces, a i tak czują, że toną — kolejna warstwa obowiązkowych raportów klimatycznych to dokładnie taki ciężar, tylko podany w europejskim żargonie.
Mam wrażenie, że ten spór o to, kto płaci za katastrofę klimatyczną, toczy się dziś na dwóch piętrach jednocześnie. Na górze — między państwami, trybunałami i wielkimi koncernami paliwowymi — a na dole, w każdej gminie i każdym lokalnym biznesie, który dostaje nowy formularz bez pytania o zdanie. Widziałam już podobny układ sił w sporze o to, kto naprawdę płaci za kryzys mieszkaniowy w Los Angeles — tam też najgłośniej krzyczeli ci, którzy mieli najmniej wpływu na decyzje, a najwięcej do stracenia. Temat jest inny, ale mechanizm przerzucania kosztów na najsłabsze ogniwo jest identyczny.
Dlatego uważam, że Unia Europejska powinna zrobić coś, czego konsekwentnie unika: oddzielić dużych emitentów od małych firm w samej konstrukcji przepisów, a nie tylko w deklaracjach. Mikroprzedsiębiorca, który zatrudnia pięć osób, nie powinien wypełniać tych samych formularzy ESG co koncern paliwowy — potrzebuje prostszej, cyfrowej ścieżki, najlepiej takiej, w której sztuczna inteligencja sama wyciąga dane z faktur i generuje raport za niego. O tym, jak bardzo technologia zmienia pracę z dokumentami i danymi, pisałam już przy okazji rad nadzorczych korzystających z AI przy raportowaniu — to, co dziś jest przewagą dużych spółek, powinno jak najszybciej stać się standardowym narzędziem najmniejszych firm, nie kolejnym kosztem, na który tylko duzi mogą sobie pozwolić. Dopóki regulacja klimatyczna będzie oznaczać dla najmniejszych firm głównie papierologię, a dla największych temat do kolejnego raportu zrównoważonego rozwoju, Europa będzie przegrywać konkurencyjnie z rynkami, które takich obciążeń nie znają. Silny, naprawdę jednolity rynek wewnętrzny powinien oznaczać też jedną, prostą ścieżkę rozliczania emisji dla małych firm w całej Unii, a nie dwadzieścia siedem różnych interpretacji tego samego przepisu.
Silniejsza, bardziej zintegrowana Europa, o którą mi chodzi, to Europa, która potrafi rozliczać prawdziwych dużych emitentów z ich odpowiedzialności, a jednocześnie chroni małe firmy przed biurokracją, która i tak nie trafia do źródła problemu. Jeśli mamy odpowiadać na pytanie, kto płaci za zmiany klimatu, to niech odpowiedzią będzie proporcjonalność, nie jednakowy formularz dla wszystkich. Inaczej za dwadzieścia lat będziemy mieli piękne raporty klimatyczne i coraz mniej małych firm, które je wypełniają.
Największe firmy mają prawników od klimatu, mikroprzedsiębiorca ma tylko kalendarz pełen terminów.
Silny, naprawdę jednolity rynek wewnętrzny powinien oznaczać też jedną, prostą ścieżkę rozliczania emisji dla małych firm w całej Unii, a nie dwadzieścia siedem różnych interpretacji tego samego przepisu.
Innohub TV
Zobacz tę treść także w Innohub TV
Wybraliśmy dla Ciebie klipy z Innohub TV, które rozwijają ten sam temat.
Brak odcinków.